Szkoła Fotografii Ślubnej – pomysł na ciekawe zdjęcie

19 kwietnia 2010

Intymność

…..Zgodnie z obietnicą dzisiaj kolejna lekcja. Następnym pomysłem na ciekawe zdjęcie będzie intymność. W tym momencie pewnie wiele osób krzyknie z zachwytem – ekstra, wiem o tym wszystko, w końcu nie od dziś mam konto na redtube. Taaak, to ciekawe podejście… ale tym razem zwracam się do tej mniejszości, której udało się kiedyś zrozumieć takie trudne słowo jak wyczucie. Cóż zatem mam na myśli mówiąc o intymności na zdjęciach? Hmm, na pewno nie to co bez trudu znajdziecie w galeriach niektórych fotografów, którzy szukając własnej drogi próbują pójść tak daleko w oszołomstwie jak to tylko możliwe. Przyłapanie panny młodej w bieliźnie to dla nich cel na miarę wygrania kumulacji w radiu Zet, albo wmówieniu klientowi, że skosy to taka tradycja narodowa. Pal licho jeśli zrobią to ze smakiem, widziałem już jednak zdjęcia które pozbawione tego wyczucia zyskiwały uznanie na różnych konkursach. Powiecie, że skoro miały poparcie to po co się czepiam… taa, Hitler też miał raz poparcie. To trochę tak jak gdyby fotograf mający udokumentować narodziny dziecka zamiast skupić się na cudzie nowego życia, działał z pasją i kunsztem godnym ilustratora książki pt. „Jak samodzielnie rozebrać samochód”. Wróćmy jednak do tematu. Intymność o którą mi chodzi to coś delikatnego, ulotnego i efemerycznego. Intymność na zdjęciu to bliskość, ciepło i wyobcowanie. Intymność młodej pary to chwile w których otoczenie ich nie dotyczy, to chwile które chcą mieć tylko dla siebie. To te chwile my fotografowie musimy dostrzec i odpowiednio na nie zareagować. To chwile które musimy zachować, ukraść, wyrwać młodym niczym bijące serce z przepełnionej miłością piersi… eee, chyba się trochę zapędziłem. W każdym bądź razie należy je odpowiednio uwiecznić.
…..Jak zatem pokazać intymność? Hmm, to dziecinnie proste. Bierzemy młodą parę, zaciągamy ją do opuszczonego pokoju i przy stłumionych światłach każemy jej robić to co robili przez ostatnie dwa lata kiedy w domu nie było rodziców. No dobra, żartowałem. Wcale nie jest to taka prosta sprawa. Aby intymność zaistniała na naszym zdjęciu przede wszystkim należy być czujnym. Intymność, to nie jest coś co afiszuje się niczym fotograf ślubny członkostwem w WPJA. To nie jest coś co dzieje się w świetle jupiterów i przy wybuchu odpalanych rac. To przeważnie coś na uboczu w oderwaniu od reszty, można by rzec w swoim własnym świecie. To może być para, która zapomniała się w tańcu (nie zatraciła tylko zapomniała), to może być dziecko, które z rozdziawioną buzią ogląda wirujące pary, to może być sąsiad który ukradkiem ściąga wódkę ze stołu. Ok, z tym ostatnim żartowałem. Przy chwytaniu tego ulotnego nastroju należy posługiwać się wspomnianym już wyżej wyczuciem. Czasem nieopatrzny błysk flesza potrafi odrzeć całą scenę z intymności (chociaż z doświadczenia wiem, że wywinięcie orła i narobienie rabanu również nie pomaga). Przy budowaniu odpowiedniego nastroju światło ma równie istotne znaczenie co sama treść. W większości przypadków powinno być to światło zastane, co wcale nie oznacza, że koniecznie naturalne. Flesz o ile użyjemy go właściwie może pomóc, ale jeśli przywalimy za mocno a przy okazji nieumiejętnie, po prostu zdradza obecność fotografa. Wszak sami przyznacie że dwoje to para, troje to już tłok (oczywiście zagorzali fani redtube zaprzeczą, ale oni i tak prędzej czy później oślepną, ich więc olejmy). Fotograf na tego typu zdjęciu musi pozostać przejrzysty. Inaczej mówiąc, ma ono wyglądać tak jak gdyby poza osobami istniejącymi na zdjęciu nie było nikogo wokół. Zwróćcie uwagę, że nie mówię tu o nieingerowaniu w scenę czy też w samą relację między osobami znajdującymi się na niej, a jedynie o tym, że nie może być tego widać. Oczywiście w reportażu raczej o ingerencję trudno, ale są ortodoksi dla których reportaż to tylko i wyłącznie pamiątkowe fotki z rodziną na tle przydrożnego zielska. Zresztą oni i tak tego nie przeczytają, bo nie używają takich belzebubowych wynalazków jak internet. Plener to już inna bajka. Plener z reguły jest „ustawką”, a więc takie rzeczy jak widoczna kreacja są powszechnie akceptowalne i mniejsza przejrzystość fotografa nie niszczy tutaj całego nastroju. Nie oznacza to jednak, że nasz cień zajmujący połowę kadru nada fotce tajemniczości. Nic z tych rzeczy. Wciąż bardzo ważne jest wyczucie. Przejdźmy jednak może do przykładów.

fot. Wojciech Marzec - fotografia ślubna

Pierwsze zdjęcie to scena z zabawy weselnej. Jeżeli do opisu dorzucimy różnokolorowe ostre światełka błyskające w tle, oraz dopełniający błysk flesza to z samego opisu trudno niemalże uwierzyć, że takie zdjęcie może być intymne. A jednak. Wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach, a jak twierdzi mój znajomy również w jego teściowej. Owszem zabawa, ale spokojna, nie szaleńcza. Na tym zdjęciu są tylko młodzi, więc patrząc na nie nawet przez chwilę nie przyjdzie nam do głowy, że gdzieś obok może czaić się jakiś inny świat w którym zabawa trwa na całego. Owszem różnokolorowe światełka w tle, ale one tylko rozpraszają mrok i budują nastrój (no dobra, może niekoniecznie budują, ale na pewno nie przeszkadzają). Owszem jest błysk lampy, ale bardzo delikatny i ciepły, także zamiast wszystko popsuć buduje nastrój (tym razem jestem pewny że buduje … chyba). Wtulona, pełna zaufania panna młoda dopełnia reszty.

fot. Wojciech Marzec - fotografia ślubna

Drugie zdjęcie pochodzi z pleneru, czyli tzw. ustawki. To jedna z gatunku tych: walnijta się na tej trawie i udajta zajętych sobą, a ja pyknę taką fotę, że wam szczena opadnie. Ponieważ jest to zdjęcie plenerowe, od razu wiemy że to fotograf specjalnie przywlókł tu młodą parę i ustawił cały kadr (dzikie pary młode w środowisku naturalnym są dzisiaj rzadkością). Nie przeszkadza nam to jednak, ponieważ na zdjęciu nie ma niczego co sugerowałoby obecność znudzonego gościa z przerośniętą ambicją posługującego się aparatem. Para nie patrzy się w obiektyw, nie podskakuje głupio, nie przebija się widłami, można zatem uznać, że wszystko jest w normie. Młodzi są po prostu zajęci sobą i sprawiają wrażenie że właśnie zrobili sobie przerwę w romantycznym spacerze, cieszą się swoją bliskością podziwiając przy okazji wielkie przestrzenie tego zielonego czegoś notorycznie wczepiającego się w sukienkę.

fot. Wojciech Marzec - fotografia ślubna

To zdjęcie bardzo lubię i to wcale nie dla tego, że udało mi się tak fajnie ustawić parę młodą, ale właśnie dlatego, że niczego nie ustawiałem. Jak zwykle w czasie pleneru polazłem sobie gdzieś daleko sugerując, że akurat w tej chwili muszę zastanowić się nad sensem istnienia Południowej Korei. Zostawiłem w ten sposób młodych samych sobie, aby odpoczęli na chwilę od moich głupich pomysłów. I kiedy tak obserwowałem ich z daleka majstrując coś przy sprzęcie, zauważyłem że Julita i Łukasz zupełnie przestali się mną przejmować (w sumie to nigdy się nie przejmowali, ale teraz nie przejmowali się tym bardziej). Być może z potrzeby bliskości, a może próbując chronić się przed wieczornym chłodem i pieprzonymi komarami siedli na piasku wtulając się w siebie. Wiedziałem, że to jest to. Kadrując wrzuciłem coś na pierwszy plan tak aby wypełnić lukę (co prawda mógłbym się wymądrzać, że nieostre buty wzmacniają poczucie bezbronności panny młodej, ale prawda jest taka, że umieściłem je tam po to, żeby zapchać dziurę) i wyszło świetnie. Być może nie do wszystkich to zdjęcie trafia, ale ja je uwielbiam. Wiem że jest prawdziwe. Oni niczego nie grali, ja niczego nie naciągałem. Po prostu kradłem jak to mam w zwyczaju.

fot. Wojciech Marzec - fotografia ślubna

Ostatnie zdjęcie to specyficzny a zarazem ostentacyjny rodzaj intymności. Mamy tutaj bowiem do czynienia z interakcją otoczenia. Na owej fotografii urocza młoda dama w międzynarodowym geście intymności pokazuje fotografowi co myśli o jego pracy i zdjęciach. Radosny uśmiech i równie śmiejące się oczy sugerują, że gest jest szczery i pochodzi prosto z serca. Ponieważ jednak ostrość ustawiona jest nie na geście lecz na twarzy, zdjęcie nie jest wulgarne. To niemalże erotyk w świecie fotografii ślubnej. Właśnie dlatego tak bardzo kocham tę pracę. Kiedy spotykasz ludzi którzy tak żywo i spontanicznie reagują na twoją osobę, wiesz że nie jesteś tam obcy – jesteś jednym z nich.

UWAGA!!! Autor głosi jedynie swoje tezy, które wymyśla z nudów i w które naiwnie wierzy. Stosowanie przedstawionych tu porad w praktyce odbywa się na własne ryzyko. W trakcie pisania posta ucierpiała jedynie godność teściowej znajmego.

© Oll rajts rezerwed;)

13 komentarze

Szkoła Fotografii Ślubnej – myśli nieuczesane

6 marca 2010

Skosy, teksturki i inne bzdurki, czyli rozważania o zasadności

Witam ponownie. W tej lekcji chciałem poruszyć bardzo istotną sprawę, a mianowicie stosowanie w fotografii ślubnej różnorakich zabiegów aby zdjęcie upiększyć, udziwnić, czy też w ogóle zmienić jego zwyczajowy odbiór. W ciągu ostatnich paru lat wraz z dynamicznym rozwojem fotografii ślubnej (który to jest ściśle powiązany z rozwojem fotografii cyfrowej) przestała fotografom wystarczać zwykła poprawność zdjęcia. W sumie nie byłoby w tym nic złego (sam upieram się, że zdjęcie nie zawsze musi być poprawne) gdyby nie metody szukania nowych dróg. Rynek zalała rzesza ludzi z aparatami, którzy to wyczyniali dziwne rzeczy, byle tylko ich zdjęcia wyglądały inaczej. Wszelkimi dostępnymi metodami próbowali upiększyć, lub odmienić swoje foty aby móc wyróżnić się z tłumu. Początkowo warsztat był mizerny więc i efekty nie były porażające: owalnonagrobkowe białe winietki, miejscowe desaturacje, blurowanie, itp.. To wówczas popularne stały się czarno-białe zdjęcia z czerwonooczojebnym bukietem (sugerującym, że w całym obrazie to właśnie pęk badyli ma kluczowe znaczenie), tudzież inne odmiany tego typu grafik. Z czasem, kiedy pojawiły się pieniądze, modne stało się posiadanie fisha i nagminne go nadużywanie (wystarczyło tylko taki obiektyw założyć na aparat i już się miało „inne” zdjęcie). Również z powodu nadwyżki środków płatniczych, ale i z chęci posiadania, modne stały się ultrajasne stałki używane z pełnymi otworami przysłony nawet w bardzo dobrych warunkach oświetleniowych. Był to łatwy sposób na pozbycie się z tła całego trudnego do zakomponowania bajzlu. Potem  przyszła kolej na skosy (czyli niczym nie uzasadniona kompozycja skośna z obrazem lecącym w tę czy inną stronę). Do tego czasu poziom obróbki zdążył się już wywindować na wyższy poziom. Wcześniejsze zabiegi zostały okrzyknięte kiczem a ich miejsce zajęło tonowanie, nakładanie tekstur, różnorakie wersje HDR i Bóg wie co jeszcze. Modne stało się również epatowanie treścią której nie ma: tworzenie wymyślnych, pochwalnych zdjęć butom (tak jak by były czymś więcej niż tylko zdolnie uformownym kawałkiem skóry chroniącym stopy przed kontaktem z matką ziemią), czy też gloryfikowanie bielizny panny młodej (ciekawe skąd taka dyskryminacja wobec bielizny pana młodego). Ten proces wymyślania coraz to nowszych dziwaczniejszych technik wciąż trwa i rozwija się na potęgę i chwałę Mordoru.

Zanim jednak za głoszenie prawdy zaczniecie jeździć po mnie jak po burej suce, chciałem się przyznać bez bicia, że sam popełniałem niektóre z powyższych błędów, a i dziś zdarza mi się iść na łatwiznę;). W tych wszystkich „metodach tworzenia atrakcyjności obrazu” nie było by nic złego, gdyby nie sposób ich wykorzystywania. Same narzędzia w swej naturze nigdy nie są złe, ani dobre. To od fotografa zależy czy wykorzysta je mądrze, czy użyje któregoś z nich bo nie będzie miał innego pomysłu na fotkę. To jest właśnie moim zdaniem kluczowy problem. Chęć nazwania swoich zdjęć artystycznymi, czy też kreatywnymi (też tak błądziłem;)) pcha fotografa do dramatycznych wręcz posunięć. Weźmie trochę tego, trochę tamtego, zmiesza wszystko w photoshopie, poleje lukrem i z ukontentowaniem patrzy na swoje „dzieło”, nie zdając sobie sprawy, że każda z form niesie za sobą pewien potencjał ale i obciążenie. Żebyście jednak nie pomyśleli, że cała fotografia ślubna to jedno wielkie guano, trzeba otwarcie przyznać, że mnóstwo ludzi wykorzystuje powyższe techniki  świadomie i z sukcesem. Najprostszy sposób aby odróżnić dobro od zła to odpowiedź na pytanie: co chcesz w życiu robić… a potem zacznij to robić. Żartuję oczywiście. Pytanie brzmi: czy technika, której zamierzam użyć pomoże mi w podkreśleniu/wzmocnieniu tematu, treści zdjęcia, czy nada mu kolejny wymiar (myślowy, nie wizualny) czy może stanie się tylko sposobem na uratowanie nudnego obrazu, lub będzie jedyną jego treścią? No ale może starczy tego teoretyzowania. Poniżej przykłady na właściwe i niewłaściwe wykorzystanie jednego z artefaktów fotografii ślubnej – skosów.


wojciech marzec - fotografia ślubna

Pierwsze zdjęcie to „typowy” kadr z zabawy oczepinowej. Dominującym tematem jest ruch. Kolejne słowa, którymi moglibyśmy opisać tę fotkę to: szaleństwo, radość, zabawa, śmiech. W kontekście tych elementów spotykających się w obrazie, przekrzywienie kadru i nadanie mu kompozycji skośnej wzmacnia jego dynamikę (zwróćcie uwagę, że nie “buduje” a “wzmacnia”). Obraz wyraźnie „leci” w lewo, jednak mężczyzna zajmujący sporą część lewej krawędzi zdjęcia oraz mężczyzna na trzecim planie w centrum kadru, poruszający się w kierunku przeciwnym do „spadania” skutecznie równoważą efekt „lecenia”. Bez nich takie kadrowanie traciłoby sens ponieważ mielibyśmy wrażenie, że za chwilę zarówno ludzie jak i krzesła zjadą w dół.


wojciech marzec - fotografia ślubna

Drugi przypadek, to przykład nadużcia kompozycji skośnej, chociaż dla wielu osób może się ona wydać tutaj uzasadniona. Specjalnie wybrałem cięższy przypadek, aby udowodnić wam, że nie wszystko złoto co się świeci;). Otóż na tym zdjęciu przeciwstawiają się sobie dwa bardzo mocne skosy, jednocześnie się równoważąc. Z jednej strony widzimy, że cały kadr leci mocno w prawą stronę. Skupiając się tylko na parze młodej przeszkadza nam ich nienaturalne przechylenie. Wystarczy jednak ogarnąć wzrokiem cały obraz, aby ten przechył przestał wydał się nam naturalny, a wręcz uzasadniony. Spójrzmy na poniższe zdjęcie, aby zobaczyć dlaczego tak się dzieje i jak naprawdę przebiega linia kompozycji tego obrazu.


wojciech marzec - fotografia ślubna

Linii: kolumny ołtarza – panna młoda, przeciwstawia się mocna, biegnąca od lewego górnego rogu sklepienia, aż po białą linię widoczną na posadzce. Zapytacie zapewne, że skoro cały obraz wygląda stabilnie, to czemu  jak stary pierdziel upieram się, iż taki skos jest nieprawidłowy. Chodzi właśnie o treść zdjęcia. Ono nie jest i nie powinno być dynamiczne. Zarówno ołtarz jak i akcja rozgrywająca się na nim, są bardzo statyczne. Sam gest położenia kwiatów, jest w swej naturze spokojny i pokorny. Wprowadzanie skosu (nawet bardzo zrównoważonego) nie jest niczym uzasadnione i buduje sztuczną a zarazem niepotrzebną dynamikę. Wiem, że takie przekonanie może nie trafić do każdego (w końcu wszystko tak fajnie wygląda), poniżej więc znajduje się zdjęcie już skadrowane właściwie.


wojciech marzec

Jak zatem widać na załączonych obrazkach, to czy skos będzie fajnie pracującym narzędziem, czy może nadużyciem zależy tylko od fotografa. To tymczasem borem lasem, do zobaczenia następnym razem.


UWAGA!!! Autor głosi jedynie swoje tezy w które naiwnie wierzy. Stosowanie przedstawionych tu porad w praktyce odbywa się na własne ryzyko. W trakcie pisania posta nie ucierpiało żadne zwierzę.

© Oll rajts rezerwed;)


7 komentarze

Szkoła Fotografii Ślubnej

15 lutego 2010

pomysł na ciekawe zdjęcie – absurd

Tym wpisem chciałem zapoczątkować coś, co postanowiłem na wyrost nazwać szkołą fotografii ślubnej. W tej kategorii będę chciał podzielić się z wami swoim doświadczeniem, które zdobyłem na tym polu. W poszczególnych wpisach przedstawię wam parę pomysłów na ciekawe zdjęcia ślubne. Spróbuję również dokonać analizy niektórych z nich, wyodrębniając to co stanowi o ich mocy. W kategorii tej postaram się także uzmysłowić niewiernym (czyt. wyznawcom photoshopa), jak istotne jest myślenie w trakcie, a nie po fakcie. Jednocześnie będę odciągał waszą uwagę od zagadnień typu: w którym miejscu stanąć, jakich użyć obiektywów, czy też jak sobie radzić z oświetleniem. Te kwestie chociaż zajebiście ważne, zdają się mieć drugorzędne znaczenie i należy je dopasować do warunków oraz do tego jakie efekty chcecie uzyskać. Co prawda od czasu do czasu będę wspominał o sprzęcie i technice, ale tylko w kontekście konkretnego przypadku. Nie zamierzam tutaj również ględzić o photoshopie, nie pytajcie mnie zatem jak uzyskałem takie efekty, czy takie kolory. Zresztą są inni dla których jest on religią – ich pytajcie, bo ja nie wiem. Wiadomo, że fotografia to nie matematyka, nie istnieje jedno jedyne słuszne do niej podejście . W związku z powyższym, nie ze wszystkim co tutaj napiszę musicie się zgadzać. Ba, możecie mieć nawet zupełnie odmienne spojrzenie, które będzie dawało wyniki równie dobre, a może nawet i lepsze. A zatem zapraszam na pierwszą lekcję;)


Na pierwszy strzał jako pomysł na ciekawe zdjęcie pójdzie absurd. Mówiąc o absurdzie w fotografii ślubnej nie mam na myśli zdjęć, które zupełnie odbiegają od tematu, czy też ich jakość jest tak niska, że nie nadają się aby pokazywać je ludziom. W mojej definicji zdjęcie absurdalne to takie, które przedstawia sytuację dziwną, nie do końca zrozumiałą. Sytuację, której na pierwszy rzut oka nie da się w sposób logiczny wytłumaczyć. Będzie to sytuacja gdzie jeden element nie będzie pasował do reszty lub kilka elementów będzie się ze sobą w jakiś sposób kłóciło. Nie wolno zapominać, że obracamy się w sferze fotografii ślubnej, co za tym idzie, tego typu zdjęcie nie powinno być zbyt mocne. Inaczej mówiąc, absurd powinien zawierać się zarówno w ogólnie przyjętej tematyce jak i formie, ponieważ w przeciwnym razie łatwo jest przegiąć. Taka fotka wówczas, zamiast budzić zaciekawienie czy radość (lub to i to), będzie po prostu odrzucać. Wyjątkiem są zdjęcia plenerowe. Tutaj z absurdem można się posunąć niemalże do jego granic. Myślę, że może dać to dobry efekt. Ja w plenerze jednak takich zdjęć nie robię, nie będę się zatem na ten temat wymądrzał. Poniżej przedstawiam dwa zdjęcia “absurdalne” z reportażu wraz z ich opisem.


Zdjęcie na pierwszy rzut oka wygląda normalnie, ba powiedziałbym nawet że banalnie. Po chwili dostrzegamy jednak coś, co zaczyna nas kłuć w oczy. Całą tę dziwność sytuacji powoduje mały chłopiec z tornistrem, który nijak nie wpasowuje się w nastrój danej chwili ani tematu. Może gdyby jeszcze nie miał plecaka (który sugeruje, że dzieciak przed chwilą wylazł ze szkoły), to zdjęcie również nie przedstawiałoby niczego ciekawego (ot jakiś malec przygląda się orszakowi ślubnemu), a tak zaistniała sytuacja budzi naszą konsternację. O ile zdajemy sobie sprawę, że musi istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie jego obecności w tym miejscu, o tyle samo zestawienie jest na tyle intrygujące, że zadajemy sobie pytanie: co on tu do cholery robi?


Drugi przypadek jest podobny. Standardowe ujęcie – pierwszy taniec pary młodej. Na tej fotografii również na początku wszystko zdaje się być OK. Wzrok pada najpierw na białą suknię, biegnie ku twarzom młodej pary, następnie na gości w tle oraz duże okna. Dopiero po chwili, gdy zjedzie na sam dół ujęcia dostrzegamy absurd całej sceny. Leżące na podłodze dziecko zupełnie nie pasuje do całości. Tym razem nie chodzi o to kim ono jest (po muszce możemy sądzić, że młodym uczestnikiem wesela), ale w jakiej sytuacji się znajduje. Nie chodzi nawet o jego leżącą pozycję (w końcu berbeć mógł fiknąć orła w czasie zabawy), ale o jego spokój na twarzy i malujące się na niej zaciekawienie. Znów rodzą się pytania: czy chłopak upadł, czy może położył się sam, a jeśli położył to w jakim celu? Znów nie ma jasnej odpowiedzi. Na siłę tego zdjęcia wpływa nie tylko sama sytuacja, ale też sposób jej pokazania (ale o tym już może innym razem).

Jak widać na powyższych przykładach, nie są to raczej zdjęcia szokujące. Nie ma również szans, aby zdominowały reportaż. Jeżeli jednak pojawią się w całym materiale, to w ciekawy sposób go urozmaicą, a mogą nawet stać się powodem uśmiechu na twarzy oglądającego.

UWAGA!!! Autor głosi jedynie swoje tezy co do których ma przekonanie, że działają. Stosowanie przedstawionych tu porad w praktyce odbywa się na własne ryzyko. W trakcie pisania posta nie ucierpiało żadne zwierzę.


© Oll rajts rezerwed;)

17 komentarze